Featured

2020 – coś poszło „nie tak”

Choć tytuł tego wpisu jest nad wymiar twórczy i literacki [ironia], wystarczyłoby napisać „2020” – i co wówczas mamy przed oczami?

Zaczęło się niby tak niewinnie – konflikt w Iranie (USA-Iran, to już od zawsze będzie synonim konfliktu). Po czym przeszliśmy przez pożary w Australii – pokażcie mi kogoś, komu nie pękło serce na widok pustoszenia kontynentu – jego fauny i flory. Ja do dziś mam przed oczami te biedne zwierzaki, które ile sił próbowały ratować się od trawiącego wszystko ognia. Finał WOŚP – rekordowa zbiórka, wszyscy ci przeciwni partii rządzącej pokazali Owsiakowi ile znaczy jego pomoc.. Następnie spektakularnie, jeszcze w pierwszym kwartale roku pękła puszka koronawirusa – od skrajnego koronasceptycyzmu po nadgorliwe zapobieganie – w szpitalach brakowało środków ochrony osobistej, płyny dezynfekujące za bagatela 70 zł na Orlenie, po maseczki szyte z firanek. Pacjent Zero w Polsce, pierwsze zamknięte szkoły w Poznaniu, później lawina na edukację na odległość zarządzoną przez rząd. Lekarze on-line, czyli jak POZ walczy z wirusem.

Narodowa kwarantanna, stan zagrożenia epidemicznego po mieście jeździły auta nakazujące pozostanie w domu. W sklepach wojna o drożdże i papier toaletowy. Wielkanoc – zakaz przemieszczania. Śniadanie świąteczne on-line, zamknięcie siłownie, które na potrzeby sytuacji przekształcono w sklepy, kościoły i inne „dozwolone” miejsca. Przygotowanie do wyborów, wystąpienie premiera Morawieckiego, że nie ma czego się bać, że pokonaliśmy wirusa. Fall start. Tarcza antykryzysowa, bieda kraju.

Później akcja z siecią 5G i znowu od zachwytu do propagandy zła. Noszenie maseczek, nienoszenie maseczek. Zamknięcie granic, otwarcie granic, kwarantanna po przyjeździe, brak kwarantanny i znowu kwarantanna. Duda wygrywa wybory, Trump przegrywa wybory.

Piątka dla zwierząt – rolnicy najeżdżają na Warszawę. W tak zwanym międzyczasie ciągle strajkują przedsiębiorcy, wraz z nimi antycovidowcy. Nowy Minister Edukacji – wrze w całym kraju. Zaostrzenie przepisów antyaborcyjnych – cała Polska na ulicach. Do protestów kobiet dołączają wszyscy zdesperowani panującą władzą – LGBT, przedsiębiorcy, antyszczepionkowcy, rolnicy i wszscy inni „wkurzeni”.

Marsz niepodległości i „bitwa o Empik”, czyli jak zdewastować stolicę w pięć minut. Sztuka uciekania policjantów przed narodowcami. Marsze kobiet i hasło „zdejmij mundur przeproś matkę”.

Grudzień 2020 – pierwsze szczepienia na COVID-19 – rośnie społeczny bunt, społeczeństwo podzielone – skrajne emocje od ogromnego zachwytu, po teorie spiskowe.

O roku 2020 powstało wiele memów, każdy z nich lepszy od poprzedniego. Jako rycerz rzeczywistości walczący w dresie przed monitorem, mam tylko jedno podsumowanie tego roku, ale o tym za chwilę. Męczy mnie tylko jedno… w całym tym społecznym zamieszaniu, w buncie, w walce, w ograniczeniu serwisów informacyjnych do jednego tematu – co umknęło naszej uwadze? Co takiego się wydarzyło, o czym nie zostaliśmy poinformowani. Rząd i polityka jest takim tworem, w którym im więcej się dzieje, tym więcej jesteśmy w stanie przepchać spraw na lewo, bez zwrócenia niczyjej uwagi. Czy taki był cel? Co jeszcze pierdziutnie. Tworząc swojego mema na 2020 roku, zacytuję słowo klasyka:

Dlaczego jesteśmy w covidowym kryzysie? Okiem sceptyka, przykład z natury.


Dwa dni czułam się dziwnie, zimno mi było, gardło bolało, kaszel choć raczej mokry. W końcu telefon do lekarza: weźmie pani antybiotyk, ale pójdzie na test. Z automatu nałożono na mnie kwarantannę. Kiedy wyniku nie było nawet po 24 godzinach już wiedziałam, że będzie pozytywny. Nie wydaje się w dyskusje co to za choroba, skąd, dlaczego – ja to mam. Straciłam węch i smak. Nagle zostałam przez weekend odcięta od świata: ja, Covid i moja depresja lękowa. Co robić? Co brać? Zbijać temperaturę? Co robić? Najpierw strzelił mnie mały atak paniki: mam tyle chorób współistniejących, mam tego złego wirusa, o matko! Czekałam tylko do poniedziałku- ażeby skontaktować się z lekarzem.
Machina ruszyła- telefon z sanepidu, automat i policja. Ten jeden, jedyny raz. Nikt nie zapytał czy sobie dam radę – teoretycznie powinnam, bo młoda.
Poniedziałek telefon do gabinetu – doktor łagodnie, jakby nic się nie stało „no to odleżeć, pani jest szczepiona, będzie dobrze”, wcinam że nie szczepilam się, że za wysokie CRP, że jestem z zapaleniem stawów dyskwalifikacja, a ta „ok”.
I tak zostałam z tym sama, względnie młoda więc Google w ruch – zero konkretów, wszystko jakieś takie bez ładu. Nie ma konkretnych informacji ile ta gorączka, kiedy powinna zaniepokoić itp. nic. Setki bzdur, głowa boląca i kwadratowa.
Postanowiłam, że znowu umowie się na teleporadę. Ile można się nakręcać? No i zaczęło się: „między 9 a 14 pani doktor zadzwoni”. Powinnam się umyć, muszę poczekać na telefon. Może się zdrzemnę, lepiej nie, bo telefon. Pooglądam coś – aj nie, bo nie usłyszę. Tymczasem pani doktor dzwoni po 17. Czy to lekarze mają pensje od pacjentów, czy odwrotnie? Ja za każdym razem przepraszam że żyje, że śmiałam zakłócać spokój.
Z covidem zostałam sama, wraz z moją równie spanikowana rodzina. Oni chyba zapomnieli, że mi nie zadaje się pytań o duszności?! Przecież to mój główny somat!!! Na kazde pytanie o duszności – robi mi się słabo i duszno. No ok, martwią się, ale … Nie do mnie te pytania! Toleruje to, nakręcam się, później po zjedzeniu policzków i zagryzienia zębów na cacy jakoś wracam do normy.
System covidowy nie działa – bo pacjenci są rzucani sami sobie. Lekarze w przychodniach odwalają swoje godziny i cześć. Brakuje wsparcia. Brakuje zwykłej rozmowy. Brakuje wyjaśnienia. Chyba w sytuacji, w której ciągle kłapią o zgonach, szpitalach i ciężkich przebiegach dlaczego tak mało jest o takich domowych przypadkach? Gdzie fachowcy zza ekranów? Gdzie są ci którzy posprzątają po siejących panikę?! Wiesz dlaczego to pisze? Bo w tym systemie wielu z nas zostaje zupełnie samych, z dezinformacją, paniką i wizją zła, które w tobie siedzi. Moja pierwsza myśl jak zobaczyłam „pozytywny” była jedna- respirator. Myśli zabijają, odbierają życie i zdrowie, jesteś sam pośrodku niczego. Marzy mi się w takiej sytuacji lekarz rodzinny, jak terapeuta, zapyta jak się czuje, czy czegoś potrzebuję, czy sobie zwyczajnie radzę. W tym systemie służby zdrowia nie ma na to miejsca. Jesteś numerem w setkach plików, a lekarz nawet nie wie z kim dokładnie rozmawia podczas tej teleporady. Już naprawdę myślę, że szukanie lekarzy na forach ma większe znaczenie niż płacenie comiesięcznych składek.

Ale najpierw kawa…

Długo się zbierałam, żeby dodać tu coś od siebie. Dlaczego tego nie zrobiłam? Otóż wcale nie chodziło o wolny czas. Wcale mi go nie brakuje. Niestety przyznam szczerze, że popadłam w jakiś cholerny marazm. Dużo ciężej mi się zebrać do wszystkiego. Poukładać natłoczone myśli – nie wiem jak. Nawet to moje rękodzielnicze hobby – nie cieszy jak dawniej. Niby zaczynam jakąś pracę – i znacznie częściej jej nie kończę. Czy brakuje weny? Nie. Czy brakuje produktów? Nie. Czy brakuje czasu? Nie. Czy brakuje chęci? Tak.

Tak samo jest z pisaniem. Brakuje mi chęci do wszystkiego. Mam takie poczucie, że wszystko dookoła mnie przytłacza. Przytłaczają obowiązki. Przytłacza życie. Niby nic takiego się nie dzieje, a cisnę się w sobie. Cisnę i duszę. Jedyne co mi wychodzi to czytanie przed snem fachowej literatury – nie żadne opowieści o zbrodniach, czy miłościach, ale historyczne ujęcie życia, jakoś jeszcze mnie to bawi. Na przykład ostatnio czytam „Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko” Philips Tom – bardzo mnie rozśmiesza, a jednocześnie otwiera oczy na to, czego chyba niekoniecznie odbierałam negatywnie. No cóż. Chociaż jedno się udaje.

Ciągle, bezustannie i okropnie się męczę z tym moim spaniem. Sen głęboki trwa jedynie 30 minut i to muszę się postarać, żeby tyle wyszło. Skoro psychoterapia nie przyniosła efektów, albo inaczej nie pomogła na wszystkie dolegliwości, może powinnam udać się na kontrolę do psychiatry? Pamiętam, że na początku leczenia mojej przyjaciółki depresji miałam taki „haj” – wszystko mogłam, wszystkiego chciałam. Może mózg chce już więcej serotoniny? Bowiem znowu zaczęłam się umartwiać. Znowu myślę, że Heidegger był jedynym słusznym filozofem egzystencjalizmu, w którym i ja jestem mocno zakotwiczona.

Nie lubię, gdy ktoś mówi mi, że mam się wziąć w garść – ja do cholery każdego dnia uskuteczniam to „branie” ze skutkiem czasem mizernym. Nie potrzebuję złotych rad, jedynie muszę odnaleźć siebie. Tu pośród tego chaosu myśli, muszę wydobyć siebie. Wydobyć radość, odrzucić troski i zacząć żyć. Nie chodzi o prowadzenie zwyczajnej egzystencji. Życie nie polega na rytuałach codzienności, a na spontanicznym przeżyciu. OK. Wyzwanie podjęte.

Myślałam, że mój rękodzielniczy chaos na regale jest kwintesencją twórczości. Wszystko zatrzymuję „bo się przyda” – stop! Dzień pierwszy porządek ze wstążkami (nie wezmę się za wszystko na raz, bo mnie to przytłoczy, małymi krokami odgruzuję chaos). A. miała rację – trzeba tu posprzątać. Kiedy już uporządkuję całe mieszkanie, kiedy pozbędę się niepotrzebnych rzeczy, przyjdzie czas na remont. O tak! Ale… niech remont i malowanie będzie nagrodą za porządek. Może jak wyrzucę stosy niepotrzebnych mi rzeczy będę mniej przytłoczona?

Zatem dzień pierwszy – wstążki – wszystkie sznurki, kokardki i wstążki będą ułożone. Jutro przyjdzie czas na papiery – po co mi „ścinki”, skoro i tak z nich nie korzystam. Dzień trzeci to będzie dzień dodatków, zaś czwarty kwiatowy zawrót głowy. Dnia piątego zabiorę się za narzędzia. Do biegu, gotowi start! … Ale najpierw kawa.

Planowanie życia

My – ludzie – mamy tendencję do planowania: od prostego planowania dnia, tygodnia, czy urlopu, po planowanie: ślubu, rodziny i życia. O tyle, o ile planowanie miłych chwil może być bolesnym doświadczeniem rzeczywistości, takie jak na przykład planowanie ślubu – ty chcesz, żeby wszystko było zgodne z zamierzonym celem, a życie i tak pisze inny scenariusz. Mniej bolesne jest planowanie nieuniknionego – swojego pogrzebu.

Tak, tak, mam 34 lata i zaplanowałam cały swój obrządek pochówkowy. Nie możemy, tzn. możemy zaplanować śmierć, choć ja takiego rozwiązania nie uznaję, więc postanowiłam, że zaplanuję całą uroczystość. Tak, jak wiele kobiet planuje ślub, ja stawiam na coś bardziej oczywistego.

Po pierwsze nie uznaję istnienia duszy, ani Boga, ani diabła, ani też w reinkarnację nie wierzę… więc uznaję pogrzeb, jako zwykły epizod, wydarzenie zakończenia życia. Życie rozpoczyna się, świętujemy uroczyście w gronie najbliższych, więc i tak samo powinniśmy zakończyć swój żywot. Wiesz, byłam na kilku pogrzebach – wszystkie tak samo mizernie smutne, oklepane i nasycone powagą. A przecież można to zrobić zupełnie inaczej.

Zaplanowałam playlistę, zapisałam kto może przemawiać, napisałam o tym, że na moim nagrobku nie ma być żadnych słów w stylu „świętej pamięci”, bo ja za życia świętości nie uznaję, a i po życiu uznawała nie będę. Mój mózg, a zatem i całe moje jestestwo ma spłonąć w krematorium – rozmaterializować mnie na cacy. Pewnie czytasz to i myślisz: ta dziewczyna jest „walnięta”, „przygnębiona”, i inne takie przymiotniki. Otóż nie! Mam dziś bardzo dobry humor. Generalnie całkiem dobre samopoczucie, dlatego też o tym piszę.

Zaplanowanie tego, co jest nieuniknione – daje mi spokój. Już dawno pogodziłam się z tym, że nieśmiertelność mogę osiągnąć w dziele sztuki. Jak dotąd nie figuruję na żadnym obrazie, jak dotąd nie jestem kluczowym bohaterem literatury – zatem jedyną nieśmiertelnością jaka mnie czeka – to pamięć moich bliskich. Warto więc, aby nawet pogrzeb zapadł im w pamięć.

Swoją

Indoktrynacja – czas start!

Miałam tę wątpliwą przyjemność uczestniczyć w kongresie nt. wychowania do życia w rodzinie. Blisko 400 osób słuchało tych wystąpień, zgadnij ilu osobom było nie po drodze z poglądami prelegentów? Jedna osoba – jeden lewak na wirtualnej sali – tak, ten lewak to ja.

Swój udział w konferencji oceniam jak wykonanie lobotomii, elektrowstrząsów i hipnozy jednocześnie. Nigdy w życiu żadne wykłady nie podniosły mi ciśnienia aż do tego stopnia, jak te wczorajszej interwencyjne gnioty prelegentów. Doprawdy nie wiem, czy te 399 osób w przestrzeni wirtualnej zgromadzonych razem byli to członkowie PiS z różnych krańców Polski? Czy byli to przewartościowani nauczyciele marzący o idealnych domach, których im się nie udało stworzyć, dlatego teraz będą karać młodzież swoimi, jakże niespełnionymi receptami na „szczęście”?

Podczas gniotu zaprezentowano definicję „rodziny”, jako wyjątkowego tworu, w którym członkowie się rodzą, a nie się ich nabywa. Z pomniejszeniem pieczy rodziny zastępczej, absolutnie nie mówiąc nic o rodzinach niepełnych, dysfunkcyjnych, homoseksualnych itd. O takich „anomaliach” było nieco później. Zaprezentowano definicję rodziny wg. Franciszka Adamskiego – starego ziomka urodzonego jeszcze przed wojną, silnie związanego z KUL i wypranym mózgiem przez kolesi w sukienkach. Czasy się zmieniają – tak więc definicja rodziny także powinna się zmienić. Teorie z czasów komuny są z lekka mówiąc przestarzałe. Przestarzałe, jak te definicje sypane podczas konferencji.

Najlepsze było przed nami… Mediator sądowy miał mówić o relacjach w rodzinie, gdy tymczasem stawiał śląskie rodziny za wzór, stwierdził, że to przez narkotyki rodzi się mniej mężczyzn (narkotyki zabijają rzekomo chromosom Y, zapomniał tymczasem przyjrzeć się wszechogarniającej nas chemii i trucia nas toksynami z każdej strony – co z dużą dozą prawdopodobieństwa jest bardziej szkodliwe niż nie jeden narkotyk). Pieprzył tak 15 minut, choć miał więcej czasu antenowego, całe szczęście, że skończył. Skończył, ale jak – z bożym błogosławieństwem dla uczestników. Wtedy już wiedziałam na 100%, że znalazłam się w złym miejscu i złym czasie.

Kolejny prelegent utwierdził mnie w tym przekonaniu, bowiem wykładowca KUL, który większość swoich doktorskich publikacji dedykował analizie misterium mszy i uczuć religijnych… [sic!]. Pan niestety „doktor” usiłował stłamsić standardy WHO dot. edukacji seksualnej, ujawniając wyższość polskiego programu WDŻ (wychowania do życia w rodzinie). Nie będąc w stanie znieść tego dłużej zaczęłam w karcie obok googlować jego tezy. Cóż – nie musiałam długo szukać bowiem na stronie Instytutu Zdrowia Publicznego jest cudowny artykuł odnośnie mitów powielanych przez prawicowych myślicieli na temat ww. standardów. I co? I wszystko o czym mówił szogun na wystąpieniu już zostało „zdementowane” tutaj.

Najgorsze jednak jest to, że każde wystąpienie budziło zachwyt wśród uczestników. Najgorsze jest to, że z takimi poglądami, nadinterpretacją, czytaniem wyrwanym z kontekstu – wywierany jest wpływ. A jeszcze gorsze jest to, że PiS tak szybko się nie skończy, a zanim to nastanie wrócimy do medycyny ludowej i myślenia, że jak jest burza to Bóg się „wkurwia”. [sic!] Jak głosem rozsądku przemówić do ciemnej masy? Jak przekazać, że mamy XXI wiek, a homoseksualizm nie jest wymysłem współczesności. Jak nie stworzyć z Polski kraju rządzonego przez kler? Przecież mnie pierwszą spalą na stosie za to, iż w moim życiu nie ma Boga, nie ma idei cudu, nie ma sprawczości wielkiej siły – jest drugi człowiek. Niezależnie jaki jest, co wyznaje, kogo kocha i kim się czuje – zasługuje na szacunek, tolerancję i życie. Życie bez wstydu, bez potępienia i bez wpajania mu choroby.

Rok

Minął rok, a mam wrażenie, że dalej tkwimy w martwym punkcie. Spacer po mieście przypomina mi scenę z zoombie, bowiem wszystko dookoła zamknięte, tylko ludzie chodzą, jakby bez celu, jakby przed siebie, jakby na oślep.

Przez rok nie zmieniło się nic. Nic się nie poprawiło. Od roku raczą nas statystykami, doniesieniami ze świata nauki i medycyny. Minął rok, a dla niektórych to wieczność, przez co ignorują zasady, ignorują dystans, ignorują mycie rąk. Ja od roku mam wrażenie, że utknęłam gdzieś w moim koszmarze. Tak bardzo tęskno mi za normalnością. Nie mam na myśli spaceru bez maseczki, ale po prostu zrobienia czasem czegoś, na co w tym momencie mam ochotę.

Pójść na spacer, do kina, czy nawet zakupy, bez uczucia strachu i lęku. Tymczasem gdziekolwiek nie pójdę, coś mi przypomina, że nie jest dobrze. Że nie ma wyjścia. Nie ma ucieczki. Nie można się obudzić.

Początkowo pandemię traktowano bardziej serio: puste ulice, auta z komunikatem „zostań w domu”. Na auta nie ma już kasy, a także zasobów ludzkich – chyba wszyscy policjanci oddelegowani zostali do tłumienia protestów w Warszawie. Zostań w domu – ale po byle drobiazg wyjść do sklepu to czysta przyjemność, zatem chodzą w tę i i tamtą stronę, ludzie chodzą jak bez mapy.

Czasem mam wrażenie, utknęłam w okopie. Każdego dnia okop umacniam przed intruzami, przed złem, przed zewnętrznym światem. Czy na tym to miało polegać? Czy na tym komuś zależało? Zerwać więzi, założyć łańcuchy i podporządkować?

Wczoraj podczas rozmowy telefoniczną z koleżanką mówiłam jej o jednym z tych ich ministrów, o indoktrynacji i praniu mózgu – nie uwierzysz, nagle mój telefon rozłączył rozmowę, wyświetlając komunikat „brak karty SIM”. Dziwne… Od stycznia karty nawet nie ruszałam, jak wsadziłam do telefonu, tak sobie siedzi. Siedzi bezpiecznie, telefon też w silikonowym etui. Telefon nawet porządnie nigdy nie upadł…. Taki error?! Skąd to?! Przypadek?! Nie chcę popaść w paranoję, ale… Ja w tym kraju fanatycznych katolików nie czuję się bezpiecznie. A Ty?

Piramida Maslowa kuleje i burzą się jej podwaliny – bezpieczeństwo…. Co będzie dalej? (Czy będzie?)

Tu, teraz…

Jakkolwiek byśmy nie liczyli jesteśmy od roku w pandemii. Od roku niektórzy regularnie myją ręce, zaś wszyscy znani z 1,5 metrowej swobody i przestrzeni życiowej introwertycy, cieszą się ze społecznego dystansu. W końcu nie muszę prosić, by w kolejce ktoś zszedł z moich pleców tylko dlatego, że tego nie lubię.

Od roku każdy dzień, każdy kontakt z drugim człowiekiem jest dla nas wielkim niebezpieczeństwem. Od tego czasu wielu z nas zmieniło sposób spędzenia wolnego czasu, niektórzy stracili pracę, biznes, inni bliskich, czy zdrowie. Czy nauczyliśmy doceniać to, co dla nas ważne?

Na to pytanie każdy powinien sam odpowiedzieć. Co (jeśli w ogóle) zmieniło się w moim życiu? Ja już zrobiłam takie przemyślenia: otóż ważne jest TU, TERAZ. Nie jest ważne ile dni w twoim życiu, ważne ile życia w twoich dniach.

Reasumując: nie ilość dni, lecz ich jakość się liczy. Nie chcę umartwiać się każdego dnia przez sprawy, na które nie mam wpływu. Nawet nie wiesz jakie to trudne. Jak trudno cieszyć się chwilą, kiedy ciągle myślisz o tych okrucieństwach życia codziennego, że przewrotny los w każdej chwili może zabrać ci to co dla ciebie najważniejsze.

Nie wiem na ile pandemia dołożyła mi tych trosk, a na ile po prostu tak już mam… Jednak już nie chcę tracić ani chwili.

Za tydzień do walki z depresją, jako grupa wsparcia do farmakologii wytaczam terapię. Albo ja ją przepędzę, albo już zawsze będzie mi nie po drodze z radością.

Jest dobrze – wyjścia nie ma, jest wyjście – nie jest dobrze

Jest na tyle źle, że od kilku lat karty historii Polski po prostu zalewają się kolejnymi wpisami o strajkach, protestach i walkach w imię wolności. Staram się sobie przypomnieć ile jak dotąd przeżyłam tych strajków/protestów za władzy obcenej? Tak na szybko:

  • znany i szeroko komentowany strajk policjantów – ich masowe L4, strajk włoski;
  • protest nauczycieli i zachwianie edukacji;
  • protesty rolników;
  • strajk lekarzy i całej służby zdrowia;
  • strajki kobiet;
  • protesty w imię wolności osób LGBT;
  • protesty na rzecz niepełnosprawnych – okupacja sejmu przez rodziny z niepełnosprawnymi dziećmi;
  • protesty osób antycovidowych;
  • protesty przedsiębiorców.

Wyliczanka na szybko, odkopanie z pamięci kilku wydarzeń ostatnich w gruncie rzeczy miesięcy. Przerażające. Bowiem wśród tych olbrzymich, ogólnopolskich (ba! nawet ogólnoświatowych protestów – strajk kobiet – przecież z Polkami solidaryzują się osoby z całego świata), jest jeszcze masa tych, którzy nie poszli strajkować – bo się boją.

Strajk kobiet jest jednak przełomowy, bowiem toczy się w samym centrum szalejącej na całym globie pandemii. Jest wyjątkowy, bo już nie chodzi tylko o wolność, a o obalenie rządów PiS. Strajk, czy też protest nabiera rozpędu, ponieważ dołączają się do niego wszyscy oburzeni rządami partii Jarosława Kaczyńskiego. Tam już nie krzyczą haseł odnośnie praw kobiet, słynne transparenty „***** ***”, czy też te o tym, że kot może zostać, a reszta…

Nie oburza mnie wulgarność tych haseł, czy środkowy palec Joanny Lechockiej nie był równie wulgarny, jak słowo „wypie…”? Odnosi się do tego samego. Tłumacząc gest na słowa dokładnie o tym samym mówimy. Czy pokazanie środkowego palca (którym rzekomo drapała się pod okiem) zaraz przed godłem Polski jest mniej obraźliwe? Warto też przypomnieć sobie kontekst.

Uruchomiono „maryjne bojówki” – przypakowanych chłopców, którzy w imię wiary, której tak do końca nie rozumieją, bo ważne jest klepanie paciorków – bronią świętości kościołów. Przypakowani chłopcy marzą tylko by pójść na uliczny sparing, ale jak się uda przy tym dorobić jakąś ideę – są z tego bardzo dumni. I takim to sposobem elektorat PiS wyjął z szafek kije, gaz i różaniec – poszli na walkę. Kiedy zapytasz o co tak dokładnie chodzi – pewnie nie jeden z tych karków nie odpowie na to pytanie. Kto by się przejmował po co? Dlaczego? Ważne, że można użyć testosteronu, wstrzykiwane anaboliki znajdą ujście, prawda?

Media na całym świecie piszą o tym, jak w Polsce umiera praworządność, porównują nas do radykalnych, fundamentalnych odłamów Islamu. Przykre, bowiem każdy, naprawdę każdy radykalizm jest przekleństwem.

Obecnie w mniemaniu tych wszystkich proPiSowych ugrupowań jestem lewackim ścierwem, jednak przyznam, iż z dumą będę nosić te obelgi. Nie dam im satysfakcji przyporządkowania mnie do chorego, radykalnego ugrupowania. Nie dam im satysfakcji, że potulnie zgodzę się na życie pod pantoflem Jarka i kleru. A przez samo urodzenie, pochodzenie i zamieszkanie – nie mogą nazywać mnie na całym świecie prokatolickim radykałem. O nie! Na to nie pozwolę!

Andrzej Duda nie jest moim prezydentem. Nie głosowałam na niego. Nie popieram. Nie biję braw. Nie czekam na korzyści.

A jeśli będzie lockdown?

Właśnie się zastanawiam, czy wprowadzą nowy lockdown, bo jeśli tak, i jeśli odbędzie się kolejna edycja hot16challenge – to mój mózg nie wytrzyma rapujących polityków. Nie chodzi już o ich „rapy”, a bardziej o ignorancję, zakłamanie i infantylność. Sama akcja ma swój sens, jednak gdy dookoła widzę te kuriozalne sytuacje – jakoś idea akcji i wykonanie jej przez polityków jest po prostu rozwalające.

W Szczecinie budują kolejny kościół. Moja krytyka tego działania nie wynika z samej niechęci do instytucji kościoła. Warto przyjrzeć się tematowi bliżej. Jak podaje CBOS zaobserwowano spadek ludzi wierzących i praktykujących – najniższy od 20 lat. Z niemal 60 do 47 procent spada liczba wiernych, którzy regularnie uczestniczą w uroczystościach. Newsweek Polska mówi o zjawisku laicyzującej się Polski. Jednym z powodów, dla których się tak dzieje mogą być wypływające na jaw pedofilskie afery, które w ostatnich miesiącach zyskują większy rozgłos, przede wszystkim dzięki produkcjom braci Siekielskich.

Świadomi obywatele wiedzą o tych praktykach od dawna, od dawna w sieci można było oglądać zagraniczne produkcje reporterskie, w których to omawiane są zbrodnie KK (kościoła katolickiego), w mojej opinii produkcje te nabrały tempa wraz z kanonizacją Karola Wojtyły (to jest też kuriozalna sprawa, ale na inny dzień). Nie mniej jednak sama laicyzacja, czyli uniezależnienie od wpływów kościoła na życie społeczne, polityczne i kulturalne – ma sens. Z historii znamy krwawe zbrodnie KK. Znamy też sposoby i metody jakimi to KK i kult jednostki zyskał sławę. Wszystko to oblane krwią i nienawiścią, w imię wielkiej wiary.

Zanim zaczniemy głosić jedyną słuszną prawdę, skąpaną w krwi i złocie, poczytajmy o Sumerach – ich wierzeniach, może trochę Arystotelesa, może Platona o tłumaczeniu sobie świata. Jak widać, mimo iż wychowano mnie w wierze jestem agnostykiem. Nie zmienię ani podejścia, ani swojego życia. Po prostu pewne idee są dla mnie zbyt lakoniczne, aby mogły być oczywiste.

Nie mniej jednak wracając do zagadnienia budowy kolejnej świątyni moja argumentacja odnosi się do innych kwestii, a niżeli te związane z moim podejściem do wiary i instytucji jako takiej. Pomijając jej [wiary] zasadność, pomijając zbrodnie KK, pomijając fakt czy warto, czy chcemy, naprawdę… czy kolejny kościół w dobie pandemii jest nam do życia potrzebny? Czy w dobie brakujących respiratorów, w dobie przepełnionych szpitali, braków kadrowych i stania u progu kryzysu gospodarczego – to właśnie kościół zbawi nas od problemów? Czy kościół zastąpi respirator? Czy kościół jako budynek zastąpi nam szpital? No właśnie NIE!

Kiedy to wszyscy robili rapy, przekazywali kasę na służbę zdrowia. Kiedy to każda osoba z odrobiną umiejętności, tkanin i maszyną do szycia przekazywała maseczki dla medyków – co zrobił kościół? NIC! Co na to Rydzyk? Już na samym początku pandemii wyrywał hajs od ludzi na dofinansowanie RM.

Jak widać temat jest wielowątkowy, a moja frustracja ciągle nakazuje przytaczać nowe fragmenty idiotyzmów rzeczywistości. Należałoby to jakoś spuentować, zatem…

  1. Nowy kościół jest idiotycznym pomysłem, gdy za rogiem jest już jakiś inny.
  2. Nowy kościół i tak będzie świecił pustkami (badania CBOS i ogólne odczucie).
  3. Nowy kościół jest wydatkiem nieuzasadnionym, w czasach kryzysu.
  4. Nowy kościół podczas pandemii powinien ustąpić miejsca dla służby zdrowia.
  5. Środki na nowe kościoły mogłyby być rewelacyjną cegiełką na zakup sprzętu medycznego, doposażenie, doinwestowanie w infrastrukturę służby zdrowia.

Kaczyński zrobił „Piątkę dla zwierząt”, ja natomiast 5 postulatów na nie!

hybryda to nie tylko auto

Kiedy nieufny szef decyduje się na powrót do pracy w trybie hybrydowym – wiedz, że pandemia ma się dobrze. Tak właśnie jest z moją szefową, która śmiała skomentować pracę podczas poprzedniego lockdown’u, że nie ma pewności, czy jej pracownicy na pracy zdalnej pracują. Wystarczyłoby, gdyby raz, czy dwa razy wyszła z tej swojej otchłani, czarnej dziury i lochu, przeszła się po pokojach, porozmawiała z pracownikami i ujrzała jak wygląda praca urzędnika. Praca ta nie polega na tym, że regularnie co pięć minut muszę wciskać przycisk na komputerze, który w magiczny sposób uchroni świat przed złem. Praca urzędnika nie polega na regularności pewnych czynności (z wyjątkiem porannej kawy). Jako, iż jestem młoda stażem jestem dość porywcza, z racji tego, iż wykonuję zadania w sezonie dosyć intensywne, nie mogę odkładać roboty na później. Jednak starsze koleżanki mnie fascynują, dlaczego? Otóż pisanie protokołu kontroli przez 7 dni (7 dni roboczych x 8h pracy), jak dla mnie świadczyłoby o mojej opieszałości, nieudolności i braku zaangażowania, przecież ile trudu jest w zaznaczeniu tabelki „spełnia”, „nie spełnia”? Ja protokoły kontroli doraźnych ogarniam w dwa dni, w tym jeden dzień to dzień kontroli, drugi zaś to protokół, notatka i pismo do zainteresowanych, w gratisie w przerwie wrzucam protokół na BIP. O 15:15 koleżanki są już w płaszczach gotowe do wyjścia, kiedy ja komputer wyłączam o 15:30. Takie podejście grozi określeniem „stachanowca”. Oprócz nazwaniem ciebie przodownikiem pracy, poganiają do wyjścia.

Wracając do nieufnego szefa, jej brak ufności może wynikać z niewiedzy – jak wygląda praca w urzędzie. Odpowiedź jest prosta – tak samo wygląda w domu. Ci, którzy mało robią w biurze, tak samo mało, powolnie i bez spiny pracują w domu. Mnie nieco zabolała ta jej podejrzliwość, bowiem podczas poprzedniej pracy zdalnej pracowałam bardzo intensywnie. Jednak, czasem szef nie wie jak wygląda twoja praca.

Akurat dziś wzięło mnie na przemyślenia. Akurat dziś, kiedy głowa nabita jest tysiącem myśli. Wszystkie krążą wokół wirusa, pracy, rodziny, problemów i dezorientacji. Postanowiłam, iż przeprowadzę rejestr zdarzeń pracy zdalnej: każdy telefon, każdy mail, każde zadanie opiszę w kalendarzu – tak, jak to czyniłam poprzednim razem. Tak, żebym miała kontrargument do niesłusznych osądów. Na co mi to? Na co mi to skoro i tak nikt mnie o zdanie nie będzie pytał? Na co mi to, skoro nikt nie liczy się z moim zdaniem? Cóż… dla mojego spokoju. Dla mojego poczucia dobrze przepracowanego czasu zdalnego. Dla mnie – a to chyba najważniejsza osoba, przed którą mogę się tłumaczyć.