Pustka biedronki

Dzisiaj pomimo, iż spałam bardzo dobrze, mimo, iż czuję adrenalinę na myśl o trzech tygodniach urlopu, czułam w sobie taką pustkę. Pustkę i niepokój jednocześnie. To uczucie, kiedy jesteś jak biedronka, którą ktoś przytkał szklanką, ażeby albo ją podziwiać, albo pozwolić jej powoli umrzeć. Więc byłam poranną biedronką pod szklanką. Byłam motylem, którego ktoś chwycił za skrzydła i na zawsze, świadomie pozbawił go możności latania, byłam jak ten udomowiony lis, który już nigdy nie będzie wolny, który już nigdy nie będzie sobą.

Dziś pierwszy raz od dawna nie pamiętałam swojego snu. Dziś pierwszy raz czułam się wrażliwa na zewnętrzny świat. Bardziej niż to, co zewnątrz chyba bałam się tego, co czuję. Gdybym tylko wiedziała, że podsłuchanie tego, co inni myślą o tobie i na jakim poziomie mnie oceniają, od razu wiedziałabym, że poranne uczucie pustki, jest jedynie preludium przed tajfunem nicości, który przeszedł przez moją głowę, przez moje ciało, przez moje jestestwo.

Mam dwa wyjścia z sytuacji, choć żadne z nich nie będą dobre. Każde pcha w niewiadomą. Idę więc za rozumem, bo serca już ludziom nie okażę.

Reklamy

Bo tata potrafi wszystko…

Cóż przy okazji wczorajszego dnia warto by tu pochylić się troszkę bardziej nad „instytucją ojca”, w zasadzie nigdy nie mówię „ojciec”, a „tata”, czasem przekornie „stworzyciel”, ale nigdy nie „ojciec”.

Mój tata – nie będę ukrywała, że jako mężczyzna potrafi zrobić wszystko – naprawi wszystko, nieskromnie dodam, że żadne cudo techniki nie jest mu obce, a na odwieczne dziecięce durne pytania w stylu „po co” i „dlaczego tak” – zawsze miał jakąś logiczną odpowiedź.

Mój Stworzyciel – choć dużo czasu spędzał w pracy podczas, gdy my z siostrą byłyśmy do dyspozycji w domu rodzinnym, to każdą wolną chwilę nam poświęcał. Pamiętam, jak kiedyś, kiedy to niefortunnie połamałam rękę, a mama widząc ból i moje skandaliczne zachowanie powiedziała, że już ze mną nie pójdzie – poszedł do przychodni ze mną tata. Co jak co ten „faciu” na temat gipsu, połamania i innych problemów zdrowotnych może dużo powiedzieć, ale niestety nigdy nie narzeka. Wracając do mojej jesieni z gipsem. Po powrocie do domu kupiliśmy chipsy paprykowe – zdaje się że Chio Chips, jeśli się nie mylę takie w kształcie obrączek, zrobiliśmy popcorn, a tata zszywał mojego pluszaka – różowego myszona – dostał misję i ją zrealizował. Bo tak jak wspomniałam w tytule – tata potrafi wszystko. Co prawda nigdy nie widziałam go z żelazkiem, no pomijając kwestie kiedy to żelazko musiał naprawić, ale żeby prasować to tak niekoniecznie. Gotuje świetnie, a kluski lane na mleku robi wyśmienite – ze zmywaniem jest nieco gorzej, nie, że nie potrafi, myślę, że raczej nie  lubi i unika jak diabeł święconej wody.

Od mojego taty mogę nauczyć się cierpliwości, wyrozumiałości, słuchania i wytrwałości. To takie cechy, które chciałabym aby miał mój życiowy wybranek. Choć w zasadzie nie pamiętam, by powiedział, że nas kocha, ale okazuje to na swój sposób. Bowiem jak mawiał klasyk „mężczyźni kochają inaczej”. Taki to człowiek, który nie powie ci „nie płacz”, a jedynie mrugnie ci oczkiem na poprawę humoru, albo zrobi coś takiego, co spowoduje, że zaczniesz się śmiać.

Z tego miejsca, na rzecz tych pozytywnych wspomnień, na rzecz tego, że ktoś dał ci życie i serce – nie żądając w zamian niczego – wszystkim tatusiom sto lat!

Nauka latania…

Wczoraj z widoku mojego balkonu miałam okazję obserwować naukę latania małego jastrzębia. Niby nic w tym dziwnego, bowiem każdy uczy się latać – tak, nawet człowiek, choć nie w sensie dosłownym, ale jednak.  Jednakże wracając do młodego jastrzębia – co on robił w samym centrum dużego miasta? Czy jemu się zbłądziło? Czy po prostu lubi? Czy jako indywidualista wyemigrował z gniazda w poszukiwaniu lepszej jakości życia?

Tak samo jest z nami – ludźmi. Mimo wszystko, jakbyśmy nie mówili uczymy się latać. Uczymy się manewrów, oscylujemy między dobrem i złem, poznajemy ludzi ich zwyczaje, ich mocne i słabe strony, ale poznajemy też siebie.

Niedługo znowu z wielką pompą ludzie zaczną robić wielkie podsumowania roku, nowe plany, cele, marzenia… bo pół roku nam już minęło. Ależ na samą myśl robi mi się słabo! Po co czekać z tym na koniec roku?! Lepiej robić to na bieżąco, tu i teraz, póki sprawa się świeża, póki gorąca – najlepiej od razu wyciągać wnioski. Tak, też właśnie zrobię.

Otóż, ten czas, od początku 2019 bardziej niż kiedykolwiek pozwolił mi nauczyć się czegoś o ludziach, o zaufaniu, o koleżeństwie, o wartościach. Nałożyłam filtr, który to pozwoli mi na jeszcze bardziej efektywniejszy dobór towarzystwa. Kolejny raz utwierdziłam się w przekonaniu, że niektórzy utopiliby cię w łyżce wody z ich: zazdrości, podjudactwa i marności, a także próżności jednocześnie.

Otwórz oczy. Leć – byleby nie za daleko, bo nie jeden na tym źle skończył – i nie myślę tylko o Ikarze.

Umrzemy…

Po fali upałów, po zbędnej nadziei na deszcz dziś jest już odrobinę chłodniej. Jednak tylko odrobinę i nie wiem co przyniesie nam dzień. Nie wierzę już w alerty o ulewnych deszczach, o załamaniu pogody, bowiem szybciej ja się załamię, niż pogoda w Szczecinie. Taka prawda. Jestem bliska rozpaczy, najgorsza pora roku to właśnie lato, skwar i brak oddechu.

Dla ludzi zaburzonych to olbrzymie wyzwanie przetrwać i nie dać się zwariować. Może powinniśmy wyciąć kolejną puszczę? Wylać beton zamiast trawy? Może więcej tłuszczu palmowego produkować – wycinajac tym samym kolejne lasy egzotyczne i wówczas pogoda byłaby bardziej łaskawa? Może więcej ingerencji w ekosystem pomoże nam w egzystencji?!

Zdecydowanie więcej wycinki, polowań, betonu – nie pomoże nam w walce z naturą. Jestem pewna, że człowiek, który wie lepiej niż przyroda – trochę się przeliczył. W takich chwilach myślę, że dobrze mi że nie zdarzę zobaczyć globalnego wymierania, że nim to wszystko nastąpi mnie już nie będzie. Nie będę musiała szukać pożywienia i walczyć o ostatni oddech. Do tego zmierzamy. Wszystkie te apokaliptyczne filmy grozy mogą się urzeczywistnić szybciej, niż władanie mózgu w słoiku.

Eksplorujemy wszechświat, nie wiedząc o tym, że na Ziemi niszczymy życie. Przykre.. Smutne i prawdziwe.

Rupcie i złomki wracają na noc do domu…

Nadeszła ta pora roku, w której to mimo strachu przed pająkami, owadami i innymi „kąsającymi” stworzeniami okna w mieszkaniu są otwarte. Co prawda nie mogę pozwolić sobie na pozostawienie okna otwartego na całą szerokość, ale… zostawiam uchylone. Niech gryzą, niech mieszkają w kurzu pod szafkami – trudno, ważne żeby było czym oddychać.

Wczorajsza noc była trudna. Najpierw długo po obejrzeniu filmu rozmyślałam nad jego fabułą, nad wstrząsającą historią, nad losem ludzi – nad chamstwem, propagandą i złem. Rozchwiało mnie to maksymalnie do tego stopnia, że przekładałam się z boku na bok i próbowałam zasnąć, kiedy to myśli gniotły każdą komórkę mojego ciała.

Oddychałam więc głęboko, wsłuchując się w dźwięki miasta. Z oddali słychać było pracującą nocną zmianę na terenie stoczni, przemykały się auta po prawie pustych drogach – pewnie Ci po drugiej zmianie pędzili do domu. Słychać było rozmowy ludzi, zarówno tych w mieszkaniach, którzy podobnie do mnie korzystali z uroków chłodnego powietrza i pootwierali swoje wnętrza na szerokość. Z każdą chwilą dźwięki te wydawały się być cichsze, spokojniejsze… jakby z dalekiej krainy.

Czułam jak zatapiam się do snu. Czuję, jak poduszka jest coraz to bardziej miękka, a leżenie jeszcze bardziej przyjemne. Nagle pisk, nagle szum, rumor. Zakręt. Komunikat. Dzwonek. Szum, rumor, pisk i brzdęk. Uf, znów mogę spać. Po czym minut z pięć minęło i znowu isk, nagle szum, rumor. Zakręt. Komunikat. Dzwonek. Szum, rumor, pisk i brzdęk. Nie wiem ile tego było, ale wytrąciło mnie z równowagi. Te dźwięki to nic innego jak stare tabory tramwajowe wracające na noc do zajezdni. Takie wysłużone rupcie i złomki wracające na noc do domu. Spracowane po całym dniu pracy.

Z zajezdni tramwajowej w pobliżu miejsca, którego mieszkam wyruszają przeważnie stare tabory. Stare, zniszczone, wysłużone i robiące masę dźwięków – co, jak co niezbyt przyjaznych dla uszu. One nawet w hałasie dnia powszedniego są głośne. W zakręt wchodzą jakby driftem, a ich stan techniczny pozostawia wiele do powiedzenia. Jednak nic nie dzieje się bez przyczyny, jadą na zajezdnię do „dzielnicy duchów”, takie można by powiedzieć „slumsy”. Mało kto tam mieszka, a jeszcze mniej ludzi się tam zapuszcza w celach chociażby rekreacyjnych. Zupełnie nie rozumiem tej izolacji. Mnie tamta dzielnica się bardzo podoba, a rozpadające się stare kamienice  mogłyby opowiedzieć nie jedną historię z krwawych dziejów naszego miasta.

W końcu, po wielkich nasłuchiwaniach, tuż po przejeździe ostatniego złomka do zajezdni – nadszedł sen – lekko nerwowy, do budzika zostało w gruncie rzeczy tylko parę chwil. Tylko po to przyszedł, by obudziła mnie burza, której mimo swojego wieku, mimo bezpiecznych warunków bytowania tak bardzo się boję.

Jest zatem jedenasty dzień miesiąca, godzina jedenasta, a ja czuję się jak w Sylwestra czekając na fajerwerki.

wiosna

wiosna

O losie

Podobno mam rocznicę blogowania. Choć muszę przyznać, iż bywają oporne sytuacje, w których to nie chce mi się nic, a nawet wtedy nie myślę o ekspresji.

Czas – z jednej strony leczy rany, z drugiej zaś nieubłaganie zabiera nam wszystko, szczypta za szczyptą. Nigdy nie myślałam, że będę musiała jakoś w końcu być samodzielna aż tak. Nigdy nie wyobrażałam sobie siebie w pracy, takiej na serio, każdego dnia. Nie myślałam, że jestem skłonna żyć w tej regularności. Regularnie płacić rachunki, chodzić do lekarza i być takim człowiekiem, który jest w stanie osiągnąć tak wiele.

Z racji tego, iż mimo tej regularności czynów, pamięci jeszcze jakoś działającej zdarza mi się nie pamiętać o drobiazgach… Prowadzę więc mój BJ, a chyba niebawem zacznę tam zapisywać proste czynności typu podlewanie kwiatów, czy robienie zakupów. Każdego dnia okazuje się, że chcę pamiętać więcej, bardziej i szczegółowiej.

Z nieba leje się żar. Próbuję tak funkcjonować, ażeby jak najmniej uszło ze mnie sił. Jednak przy antybiotyku i chorobie jest to naprawdę trudne. Kiedyś chyba temperatura i pogoda były bardziej łaskawe. Nie przypominam sobie żebym tak bardzo pragnęła deszczu, przeciągu i zimna. Choć w zeszłym roku upały atakowały nas od maja, a ja walczyłam ze swoją depresją i lękiem, bardzo źle znosiłam tę pogodę. Dziś jest łatwiej. Nie powiem, że jestem happy i uwielbiam taki klimat, ale nie nakręca mnie to.

W takie dni, jak te… Te gorące dni bądź co bądź wiosny, staram się mieć czas na książkę, na przemyślenia, na siebie. Ile dotychczas straciłam, bo ciągle się bałam? Ile już razy wycofałam się, w obawie, że ktoś mnie skrytykuje, ile razy pozwoliłam sobie uwierzyć, że jestem nikim i nic nie warta.

Szukam przyczyny. Rodzina zawsze chwaliła, nie krytykowali, nie gasili zapału, nie potępiali… A tymczasem jestem wycofana, przerażona i niepewna. Dlaczego? Kto na mnie tak źle wpłynął?! Szukając źródeł wracam do podstawówki, do głupich nauczycieli i nadgorliwych dzieciaków. Do pyskatych rówieśników, do cwanych łobuzów. Jednak to było tak dawno, a w tobie siedzi, jakby było wczoraj?! Po co to rozpamiętywać? Po co pamiętać aferę z rysunkiem i oskarżenia puszczalskiej nauczycielki? Dlaczego tak dobrze pamiętam krzywdę, a nie pamiętam sukcesów?!

Dlaczego tak łatwo przychodzi nam pamiętać porażki? Każde nasze potknięcia i te małe, ale i te duże… Przecież można żyć tu i teraz, bez zbędnego dramatu, bez złych wspomnień, bez ran na duszy. Jednak jaki byłby tego sens? Ja dziś tego nie żałuję (co nie oznacza, że nie jest mi przykro), ale wiem jakich błędów nie popełniać, wiem, którzy ludzie na mojej drodze mają znaczenie, a którzy okazali się porażką ewolucji… Szkoda tylko, że wiem to tylko dlatego, że dostałam od nich w kość. Szkoda, że uczymy się na błędach, że nikt z nas nie rodzi się z tą wiedzą, z którą przychodzi nam odchodzić z tego świata. Czy wtedy życie nie byłoby łatwiejsze, przyjemniejsze i bardziej nudne?

O „małym” problemie Rafała

Nie będę oryginalna jeśli dziś odniosę swoje przemyślenia do czynu Rafała B., na którego w ostatnich dniach powierzono wiele czasu. Ja też straciłam dużo czasu na umartwianiem się nad losem wielu zwierząt, które mordowane są każdego dnia – z idei, braku empatii i wyrozumiałości zmieszanej z próżnością ludzkiego życia. Otóż… Kiedy myślę o sobie to faktycznie możesz nazwać mnie zwierzolubem, nie jestem w stanie się sklasyfikować, bowiem do każdego stworzenia mam szacunek. Wierzę, że gdyby nie zwierzęta – ludzie nie byliby w stanie dojść do tego, co dziś mają. Dawien dawno zwierzęta za człowieka pracowały, wykonywały dużo ciężkiej pracy w rolnictwie, budownictwie, były środkiem transportu (czasami i dziś są), były pożywieniem, ubrania -skory i futra w czasach, gdy nikt nie wyobrażał sobie poliestru, a na samą nazwę obawialiby się zemsty bożków. Dziś natomiast oprócz bezsadanej śmierci w masarniach, obrzydliwych warunkach chowu i nadprodukowanego, gnijącego produktu – nie potrzebujemy ich aż nad to jednak hodowla bydła jest biznesem -popyt, podaż i takie tam, jak masz zwierzę musi zjeść, musi też mieć schronienie, lekarza, ubojnie, znajomego z mięsnego i tak dzięki jednej krowie żyją sobie miliony istot. Myśliwi i ich „troska o naturę”, to już inny temat, a fajnie przedstawia to Abelard Giza, z którego humorystycznym ujęciem tematu się zgadzam. Dla chętnych skecz: Abelard Giza – Myśliwi


Natomiast zupełnie inną kwestią jest morderstwo z zimną krwią. Morderstwo, które udokumentował, morderstwo, którego logicznie wyjaśnić się nie da, morderstwo to świadczy o tym, że to za daleko zaszło. To już nie jest głupia zabawa, prymitywnych nastolatków… To dorosły człowiek, chciałoby się powiedzieć, że mądry – niestety oprócz metryki nic wznioslego w nim nie ma. Chłopiec przypakowany – może to jakieś anaboliki tak zniszczyły mu mózg. Przecież to nie trzeba mieć wysokiego IQ, żeby rozumieć, że zwierzę cierpi. Zwierzę tak samo, jak my odczuwa ból. To Kartezjusz szukał w zwierzętach maszyn, podstępnie danych nam przez „Boga”, na których robił wiwisekcję szukając mechanizmów jakiegoś wielkiego systemu. Nie pamiętam po ilu zwierzętach zrozumiał, że to nie maszyna, a tak jak my ma te same narządy. Genom myszy jest w 99% podobny do tego ludzkiego, zaś świnie nie po to hodowane są w specjalnych warunkach do transplantacji narządów, żeby miałyby się czymś różnić.

Czyn Rafała B. –zamordowanie psa – powinien być potępiony publicznie, zaś prawnicy powinni walczyć o najwyższy wymiar kary. Może jeśli publiczne media uświadomią o możliwości i realności kary, wówczas los zwierząt ulegnie poprawie?

Nie byłam w stanie oglądać do końca. Również tego bełkotu wyjasniajacego, który wygłosił morderca – powiedz jak bardzo jesteś próżny? Może to pokazywanie siły i wyższości miało wynagrodzić defekty Rafała? Może ma on swój problemik, może problemy anatomiczne, że aż tak bardzo musi czuć się bogiem?

Nie pamiętam…

Życie w pędzie i pośpiechu jakby nakazuje nam zapominać o wielu sprawach. Na ten przykład jestem chora, karta czasu na Facebooku przypomniała mi, że rok temu o tej samej porze też byłam chora – to się nazywa kolekcjonowanie wspomnień.

Jednak nie na tyn chciałam się skupić. Kiedy wracałam w czwartek z pracy, taka już ledwie idąca, gdzieś między jednym kaszlem, a drugim, w pobliżu mojego domu ujrzałam znajomą twarz. Już kilka razy miałam okazję mijać, ale nigdy się nie odezwałam. Nie wiem co mi strzeliło do głowy, ale ochrypłym głosem powiedziałam „cześć!”. Koleżanka była lekko zmieszana, pomyliła mnie z kimś innym, ale okazało się, że Oprócz imienia pamięta wszystko. Pamięta z kim się kolegowalam na studiach, jakiej muzyki słucham i takie tam. Wyobraź sobie, że porozmawialysmy o tych „korzysciach”, jakie dały nam studia, o znajomych, którzy wyemigrowali z zacnym dyplomem ukończenia studiów, o zwierzętach i tu był ten moment, kiedy postanowiłyśmy się wymienić numerami telefonów. I wiesz co – ja nie pamiętałam jej imienia. Bardzo często zdarza mi się nie pamiętać i wtedy w miejscu „imię” daje opis, charakterystykę i inne głupoty, bo tak ciężko zapytać o imię. Tym razem było inaczej, zapytałam o imię, nim koleżankę ochrzciła bym ponownie. Bardzo jestem z tego powodu dumna. Dumna jestem, że tak po prostu się do tego przyznałam. Bardzo często wcześniej mi się zdarzały takie sytuacje i niestety nie umiałam z nich wybrnąć.

Ten mały krok uważam za ogromny progres. Udało mi się. Nie można tu jeszcze mówić o spektakularnych sukcesach, aczkolwiek jest to w pewnym sensie krok do przodu. Koleżanka została ze swoim imieniem, ja natomiast zauważyłam, że przyznać się – to nie boli. Od razu miałam chęć sprawdzić całą listę kontaktów i dodać ich raz po raz zgodnie z metryczką. Jednak opadłam z sił.

Choć takie sytuacje zdarzają się każdemu, to bardzo często uważamy, że coś takiego jak imię, wpisane według naszych potrzeb jest mniej istotną sprawą. Lekceważymy problem, przecież to nasz telefon, to nasza sprawa. Owszem. Jednak ile razy zdenerwowałaś się, że ktoś nazwał Cię inaczej? Ja za każdym razem uważam, że nazwanie mnie Ewą, Eweliną i Emmą – to brak szacunku, że to wcale nie takie trudne pomyśleć i przypomnieć sobie jak mam na imię. To dlaczego zapisane na być mniej istotne?

Od dzisiaj z tym walczę, że sklerozą, przyznaniem się do błędu i przypominaniem jak mam na imię.

Doceń to, co masz…

Kiedy człowiek się śpieszy, to wszystko się mści. Nagle suszarka do włosów nie suszy tak bardzo, jak robiła to zwykle. Włosy sterczą każdy w inną stronę, tusz do rzęs odbił się na całej twarzy, a rzęsy i tak wyglądają, jakby ich w ogóle nie było. Nóż nie chce ukroić kromki chleba, a otwierając serek – łamiesz paznokcia w połowie. Chowając pośpiesznie majdan do torebki, do siatki, nagle wszystko z niej wypada – jakby była dziurawa? Wszystko wychodzi inaczej niż zwykle. Zerkasz na zegarek, który postanowiłaś ubrać po dłuższym czasie rozwodu – nie działa, bo przecież bateria musi się wyczerpać akurat teraz. Kabel od ładowarki tak bardzo splątał się z kablem od lampki, że biegniesz po przedpokoju, a za tobą wlecze się jeszcze wtyczka, patrzysz – nie ta!
Ja w pośpiechu częstokroć gubię rozum. Chociaż nie zwykłam śpieszyć się aż nad to, nie biegam po chacie wykrzykując „zaklęcia”, to odczuwam dyskomfort poganiającego mnie czasu. Jeszcze leki, jeszcze łyk kawy – a to niedobre, gdy pije się go po umyciu zębów. Nie mniej jednak wkładam trampki, szybko pędem wychodzę, kopię w torebce za kluczami, później zamykam drzwi, wołam windę, wracam się i szarpię mocno za klamkę, powtarzając „drzwi zamknięte” (lub zakluczone, jeśli tak mówi się w twoim ojczystym regionie). Poprawiam kaptur, zamykam torebkę, nim zjadę na dół sprawdzam, czy klucze schowałam do niej, czy zostały w drzwiach – bo cholera na to już nie zwróciłam uwagi! Biegnę przez ulicę, biegnę do pracy – OK. idę, nie biegnę, bo jeszcze się przewrócę.
Po co ten pęd? W jakim celu ten pośpiech? Weekend był bajeczny. Weekend ukoił moje nerwy. Weekend mnie zrelaksował. Otóż w miniony weekend mogłam podziwiać kojącą moc naszego morza. Witałam wschód słońca, żegnałam je o zachodzie, kroczyłam w mgle gęstej jak mleko, która raz po raz wyciągała do mnie ręce. Koił mnie wiatr. Nic nie musiałam, nigdzie się nie śpieszyłam. Ani jednego razu nie poczułam tego braku tchu. Nie wibrowały mi stopy. Nie łapała mnie ta chęć na niechęć, marazm, ból głowy. Nic się nie zdarzało, nic złego, nic, co by mnie niepokoiło, nic z tych rzeczy, które sprawiają każdego dnia, że czuję się źle. Źle tak w sobie – niby nic nie boli, a gdzie byś nie strzelił – trafisz we mnie.

Już zapomniałam, jak bardzo potrzebowałam spokoju. Jak bardzo dobrze jest położyć się na piasku, lampić się w niebo, słuchać szumu fal – nigdzie się nie śpieszyć. Albo śpieszyć się powoli. Nie myśleć o pracy, nie martwić się rachunkami, nie myśleć o tym, jak wszystko dookoła co człowiek stworzył, inny niszczy. Pomyśleć, jak dobrze jest być tu i teraz. Jak dobrze można przesypywać piasek z ręki do ręki. Jak dobrze jest i nie ma co ryczeć.
W pośpiechu zapominamy o tym, żeby cieszyć się tymi małymi rzeczami, tymi, które sprawiają, że każdy dzień będzie dla nas powodem do radości. Każdy dzień powinien uczyć nas wdzięczności, za to co przyniósł – niezależnie od tego, czy to wygrana na loterii, czy porażka i niesnaski. Musi, powinien i tak będzie.
Podczas minionego weekendu spędziłam czas z rodziną, im jestem starsza tym bardziej doceniam każdą wspólnie spędzoną chwilę. Przy odliczaniu od poniedziałku do piątku boję się, że któregoś dnia, tak się zapędzę w tym oczekiwaniu wolnego, że czas się zemści – zabierze mi wszystko to, co sprawiało mi radość, wszystko to, czego nie umiałam docenić.
My – nasza rodzina – zawsze staraliśmy się spędzać czas razem. Wszystkie te problemy, z którymi przyszło nam się borykać, a przede wszystkim kłopoty zdrowotne doprowadziły nas do wspólnych refleksji. Do szanowania wspólnego czasu. Czasu, którego każdemu z nas brakuje… nie mniej jednak ważne jest i istotne z tego punktu widzenia, by każdą tę chwilę wypełnić wspomnieniami, uśmiechem i dobrocią.