Dramatyzm duszy…

Upatruję w sobie dramatu i nostalgii każdego dnia. Nawet zwykłe zakupy potrafią doprowadzić mnie do takiego stanu, o którym nigdy wcześniej nie miałam pojęcia.

Ostatnio wybrałam się do centrum handlowego – zgrozo, na własne nieszczęście, nie wiem po jakiego czorta, szukałam grala zakupowego – albo rozum mnie opuścił, ale coś w tym było. Trafiłam do prawdziwego molochu, przeddzień niedzieli od handlu wolnej, prawdziwa gratka dla fanów hałasu, tłumu i innych zboczeń wynikających z nadmiaru ludzi na metrze kwadratowym.

Zestresowana, pełna pokory, w duszy liczyłam do miliona, żeby tylko nie zwariować. Udało się, przenikałam między jedną, a drugą alejką. Uciekałam od kolizji „wózkowych”, zatykałam uszy i słuch, żeby nie słyszeć całego tego ambarasu. Zapachy panujące w sklepie były istnym koszmarem, ale po pięciu minutach mojej obecności, jakoś przestałam zwracać na to uwagę.

Krążąc z P. między alejkami, trafiliśmy do dziecięcego, można by tak powiedzieć, że raju. Pełno kolorowych zabawek, większość z nich z montowanym bajerem, na potrzeby śpiewania, płakania, szczekania, chodzenia i inne takie. Zwariowałam od ilości dobrobytu – tu różowe, tam błękitne, nagle oczojebne żółte, a tuż obok granatowe – wszystko elegancko zapakowane, wszystko do przetestowania. Lalka zmora, lalka dama, no po prostu wszystko! Od szału dobrodziejstw przeszliśmy na dział nam bardziej znany – puzzle i planszówki (bądź, co bądź w tej części alejki nie było ani jednego dzieciaka, a ich płacz i rozdarcie zginął gdzieś na początku tego korytarza dobroci). Puzzle były cudowne, aż kusi żeby znów móc ułożyć te setki elementów w jedną całość. Pamiętam te nasze wyjątkowe puzzle – z obrazem jesieni: złoto, brąz i żółty – we wszystkich możliwych odcieniach, taki krajobraz układaliśmy z tatą bardzo długo. Aż przyszły moje siostry cioteczne, uciekając od bonanzy alkoholowej w swoim rodzimym domu – i zdewastowały nam naszą misterną pracę. Niestety dziewczyny te nigdy nie były nauczone tego, że w domu można robić coś razem, coś innego niż nalewać gorzałkę do kieliszków.

Tak, jak i moje siostry cioteczne dawniej, tak wiele rodzin dziś, nie ma zwyczaju już robić coś wspólnie. U nas były wspólne posiłki, wspólne zabawy, wspólne spędzanie każdej wolnej chwili.

Wracając do mojej obecności w sklepie. Wyszliśmy z alejki, a w koszach stały piłki – takie zwykłe gumiaki, w pieski, kotki, samochodziki – kolorowe i pstrokate. Serce pękło mi na ich widok, bo żadne dziecko nie fascynowało się tymi właśnie piłkami. A ja… ja pamiętam tą moją piękną, kolorową, czerwoną, w drobne ciapki – prawie jak z kalejdoskopu, piłkę, którą babcia wraz z łakociami przyniosła mi w dniu moich imienin. Piłka służyła mi kilka sezonów, graliśmy nią we wszystko – i to nic, że nie była dedykowana żadnym konkretnym sportom – po prostu była piłką. Graliśmy w „zbijaka”, „siatkę”, odbijaliśmy o murek i trzeba było przeskoczyć nad piłką, piłka leżała, piłka wspinała się z nami na drzewo, piłka po prostu była gotowa w każdej chwili do zabawy. Babki w piasku robiliśmy bez „specjalistycznych” wiaderek i łopatek, bo ukradziona miska, czy łyżka z domu, albo pudełko po jogurcie też się „nada”.

Te moje imieniny, był to czerwcowy, wakacyjny poranek, a babcia przyszła do nas z koszykiem – prosto po zakupach. W domu byłyśmy tylko z A. babcia PRZYSZŁA. I to muszę pamiętać… Nie wiem kiedy ostatnio raz odwiedziła nasze mieszkanie. Od czasów choroby, to był chyba tylko jeden raz. A niegdyś przychodziła do nas, do mamy, na poranną kawę, tak zobaczyć co słychać… Tęsknię za tym widokiem, kiedy z koszykiem szła na działkę, a z ogrodu przynosiła kwiaty – tak, dlatego lubię jesienne astry, bo one zawsze były u niej w ogrodzie. Astry zawsze były na moje urodziny. Fioletowe, różowe, żółte, takie kolorowe i jej buzia uśmiechnięta. Naście lat nie szła o własnych siłach na działkę, naście lat sama nigdzie nie wychodzi. I dzisiaj po tych wszystkich latach, niestety z przykrością muszę dodać, że nie wyjdzie.

Pamiętam, ledwie po chorobie taty – babcia dostała udaru. Później drugiego, a później opadła z sił. Z jednej strony zmęczenie, z drugiej pewnie się poddała swojemu losowi. Nie wstała, teraz po tych wszystkich latach ciało bardzo się zmieniło. Prawa część ciąży – zwisa jakby bezwładnie… niby ćwiczy, ale… bez rezultatów. Niby jest dobrze, ale wszyscy w rodzinie wiemy, że mogło być lepiej. Można było więcej chcieć… ale poddać się jest tak trudno.

O udarze dowiedzieliśmy się w dzień dziecka – przewrotny los szybko postawił nas w świadomości tego, co się stało. Ja już byłam nastolatką, ale… to zabolało, to boli, że nie weźmiesz babci pod rękę i nie pójdziesz razem z nią zrywać jesienne astry. I wiesz co? Ja się cieszę, że pamiętam te dni, kiedy ona przychodziła do nas. Kiedy przyniosła chociażby zwykłą piłkę, na które teraz dzieciaki, w czasach wysypu chińskich zabawek – nie zwracają uwagi, bo ja jakbym tylko wiedziała, że tak potoczy się to życie nigdy w życiu bym tej piłki nie wyrzuciła. Dobrze, że moja pamięć jest jeszcze żywa i wciąż odkopuję takie perełki w swojej świadomości, bo nie chcę pamiętać tego co jest teraz. Kiedy widzisz człowieka, który uwięziony jest w swoim już niesprawnym ciele, kiedy widzisz jego mękę, żeby podnieść się z łóżka, kiedy zwykłe pójście do toalety wiąże się z czynem porównywalnym do lotu w kosmos. Starość nam nie wyszła. Co tu dużo mówić. Aż patrząc na te problemy, na to kulejące zdrowie, zastanawiam się, czy warto to czekać na starość… Boję się tej mojej zależności. Boję się do tego stopnia, że czasami nie myślę o sobie w przyszłości. Nie myślę, nie planuję, bo boję się, tak zwyczajnie.

Mimo swoich problemów, mimo życia, którego ułożyć jakoś sobie nie umiała, to była dla nas bardzo dobra. Czesała nas, pozwalała bawić się we wszystko. Wraz z A. szyłyśmy na maszynie, robiłyśmy z babcią na drutach i na szydełku, lepiłyśmy – nieulepione – pierogi… fajnie spędzałyśmy czas. Teraz już wiem, że to było… że już nie zrobi mi swetra na zimę, że nie uczesze kucyka, że nie ulepi pierogów i nie pójdzie na spacer. Ważne, że jest – dla nas jest to ważne, a jak ona się z tym czuje? Czy jej jest tak dobrze? Czasami powtarza, że wolałaby umrzeć… I wtedy myślę, czy ketonal i tramal to lekarstwo na dzień dobry? Może faktycznie, gdyby eutanazja była nam dostępna nie musiałaby żyć w ten sposób? Być zależną od rodziny, żeby nawet człowiek na stare lata nie mógł się sam umyć, czy ubrać…. Przykre.

Ja mimo wszystko o sensie życia pisała nie będę, bo wpadnę w taką melancholię, że będzie mnie do następnej niedzieli trzymała, ale… chciałabym zobaczyć jak idzie z bukietem astrów, jak pije kawę i uśmiecha się – ale tak zwyczajnie, tak z serca, a nie z czystej konieczności.

 

Reklamy

Dzień dobry siostro…

Jestem już po „dzień dobry”, po tabletkach, kawie, a nawet śniadaniu. Jestem choć ciągle w to nie wierzę. Zatem i tego dnia obudziłam się, przywitałam się ze sobą w lustrze, zeżarłam leki i śniadanie. Wypiłam kawę z mlekiem, bo bez mleka ona nie ma sensu. Może po kolei? Aj, chaos jest fajny, fatalny, ale fajny i tego się trzymamy.

Dawno temu, za kilkoma jeziorami, w odległym miasteczku – dobra, to nie bajka, bo piszę o swoim życiu… Zatem jeszcze raz: był rok 87 – czyli rok po wybuchu w Czarnobylu, a dwa lata przed upadkiem muru berlińskiego – wypchałam się na ten świat. Dziecko z konfliktu serologicznego (i jak ja mam żyć ze sobą w zgodzie?), małe, różowe, podduszone – dali mi nieco mniej punktów – jak widać, nigdy nie byłam zbyt ambitna, ażeby otrzymać maxa. Urodziłam się – uszczęśliwiając spanikowaną mamę – bo jak ona sobie da radę z dwójką małych dzieci? Poniekąd budując uczucie zazdrości zmieszanego z opiekuńczością i troską swojej starszej siostry. Dodając plus dziesięć punktów tacie za drugą córkę. To wszystko. Ciekawi mnie, czy w tym samym czasie pękło piekło? Czy doszło do tąpnięcia w kopalni? Coś musi być na rzeczy – przecież coś w tym musi być więcej. Nie mogłam tak ot, tak po prostu przyjść na świat bez otoczki tragedii od urodzenia?! Przeszukam karty historii, bo nie wierzę, że nic złego się wówczas nie wydarzyło.

Urodziłam się, choć kiedyś podczas silnej migreny miałam sen, w którym siedziałam na drzewie wraz ze skrzatami, które pokazały mi mój poprzedni akt urodzenia. Rzekomo przyszłam na świat już kiedyś 16 czerwca 1768 roku – nie pytaj, po prostu mieszanka ojców z jakiegoś zakonu na migrenę weszła chyba zbyt mocno. Tak, czy owak, czy to były skutki felernych ziółek, czy po prostu świadomy sen – nieważne, uwierzyłam w to bardzo mocno (przynajmniej przez jakiś czas).

Życie przebiegało jak to u dzieci bywa: jedzenie, zwracanie, kupa, kąpiel, spanie, spanie, jedzenie, zwracanie, kupa, kąpiel etc. Ja naprawdę wierzę, że po urodzeniu jesteśmy mniej świadomi swojej egzystencji, niż rybka w akwarium, więc przyznam, że to były piękne czasy! Nic nie musisz, wszyscy cię pilnują, żebyś żadnej głupoty nie odwalił. Umyją, ubiorą, nakarmią i pościelą. No super! Jako dzieciak urodziłam się kudłata, no w sensie nie jak małpka, ale włosy na głowie miałam bujne – nie to co dziś. Pielęgniarki kitki mi wiązały na czubku głowy – podobno, bo nie pamiętam, no tak rybka z akwarium przewyższała mnie samoświadomością.

Podobno siostra pokochała mnie od pierwszego wejrzenia. Zanim się urodziłam straszyła rodziców, że siostrzyczkę wyrzuci do śmietnika, ale no cóż uroczy, mały, śmierdzący bobas skradł jej serce. Rzekomo biegała i wszystkim opowiadała, że ma w domu „dzidzię”, a kiedy ktoś próbował tę dzidzię, w sensie, że mnie dotknąć, spojrzeć na mnie – mówiła „nie ruszaj, bo to moja dzidzia”. Oprócz małych przebłysków późniejszych chwil mojego niemowlactwa – nic nie pamiętam, umówmy się, że skoro wszyscy dorośli tak mówią, to tak było.

Z jednej strony, teraz gdy mam te chwile słabości nad samą sobą, to myślę, że w sumie dobrze, że przyszłam na świat – chociaż kogoś mogłam uszczęśliwić. Trzeba zantowować to na liście plusów i minusów.

Życie upływało beztrosko – głównie na zabawie. W pewnym momencie okazało się, że jestem niemówiąca. Nie, to nie był typowy mutyzm dziecięcy, bo ja coś tam po swojemu mówiłam, ale po pierwsze po swojemu, a po drugie wykrzywiałam buzię, więc jedyną osobą, która była w stanie mnie zrozumieć to była moja siostra. Nie raz była pośrednikiem, a może bardziej tłumaczem, między mną, a nawet mamą. Proszę sobie wyobrazić, że nawet mama, która przebywała ze mną 24/7 nie była w stanie się ze mną dogadać. Kiedyś, jak siostra chodziła do przedszkola, mama cały dzień czekała ze mną płaczącą w domu, na jej powrót, bo jako mały „rusek” nie umiałam powiedzieć co chcę. Podobno tamta sytuacja wyglądała dramatycznie, wyobrażasz sobie czekać cały dzień na starsze dziecko, żeby dowiedzieć się czego oczekuje młodszy potwór w twoim domu?! No dlatego mateczce mojej należy się medal. Cierpiałam na takie znane wady wymowy – zamiast g, k, p – mówiłam „t”. Do tego dołóż sobie wykrzywianie żuchwy i powiedz „kotek” – wyjdzie mamrączący „totet”, a powiedz „kłódka” i wyjdzie „tłótta”. Moja mama włożyła dużo pracy w to, żeby nauczyć mnie mówić. Podejrzewam, że to nie była stricte wada wymowy, tylko grymas. Bo oprócz tego, że mówiłam jak chciałam, to byłam też dzieciakiem bardzo wstydliwym, szybko wpadającym w zakłopotanie i po prostu beksą. W obecności siostry zawsze było mi łatwiej – nie wiem, czy to dlatego, że była starsza, mądrzejsza, wyższa, sprytniejsza – czy, że po prostu była ze mną. I wiesz co – ona ciągle ze mną jest! Pamiętam, kiedy okazało się, że mój długo oczekiwany kot – przekręcił się, robiąc mi psikusa. Wiesz – jako typowa Grażyna muszę mieć swoje zamiłowanie do kotów. A tu wpadam znienacka do domu, a on postanowił umrzeć (zdechnąć – jak wolisz). Długo w to nie mogłam uwierzyć. Próbowałam go ocucić – oczywiście, że bezskutecznie, czy ja jestem czarodziejem?! No i pierwsze co, rycząca jak bóbr – zadzwoniłam do siostry, która to po prostu wyszła z pracy, wsiadła w busa i przyjechała – dziś myślę, że zrobiła to ekspresem. Tak, to ona ze łzami w oczach poszła oddać tego małego, martwego, kochanego potwora do weterynarza – jeszcze wtedy nie było u nas grzebowiska dla zwierząt, a kopać dół w parku – nie miałam sumienia.

Innym znów razem, kiedy kolejny kot postanowił mi zachorować, zanim jego życie zaczęło z niego uciekać – szukałam wsparcia i lekarza, który by go „naprawił” – wiesz, że przyjechała z bladego świtu do mnie moja siostra? Tylko po to, żebym nie była sama. Na kolejny dzień wizyty u „kociego znachora” – przyjechała wraz z mamą. Ok, to bardzo dla mnie ważne.

Ostatnio obchodzony był dzień siostry. Wtedy zaczęłam o niej myśleć, tak bardzo intensywnie. O tych wszystkich naszych głupich kłótniach, o tym jak wiele czasu zmarnowałam na foszenie się o nic. Przecież to wyjątkowy i cenny dar mieć rodzeństwo. Jestem wdzięczna. Pamiętam, że ile razy działa się mi krzywda, ona jak lwica stawała w mojej obronie. Ja za nią też mogę skoczyć w ogień. Ja za te wszystkie lata chyba nawet powinnam.

Chciałabym, aby była najszczęśliwszą osobą na świecie. Chciałabym, żeby była zdrowa i zadowolona ze swojego życia, a też żeby wszystkie te małe trudności, które spotyka na swojej drodze – okazały się błahostką. To właśnie jej tak wiele zawdzięczam, to właśnie Ona nigdy nie traci we mnie wiary. Wiesz jakie to uczucie, kiedy masz wrażenie, że cały świat pokazuje ci, że nie masz racji, że jesteś głupia i nic niewarta – nagle pojawia się ona i te jej słowa „dasz sobie radę, bo kto jak nie ty”. Piszę to i ryczę, jak jakiś osmarkany dzieciak ocieram łzy z policzków, jednak kiedy uświadomisz sobie, że jest ktoś, komu od pierwszych dni tak bardzo na tobie zależało, ciężko o tym myśleć zupełnie obojętnie. Nie mam przyjaciół, mam siostrę – najwspanialszą istotę na świecie, z którą czasem się posprzeczam, czasem powiem za dużo, czasem zupełnie nieświadomie skrzywdzę, ale ważne jest umieć przyznać się do tego błędu.

„Nigdy nie będzie takiego lata…”

Zastanawiam się skąd we mnie wzięły się te wszystkie awersje – zaczynając od diety wegetariańskiej, przechodząc przez wszystkie te moje skrajności – tego nie lubię, a to zbyt ostre, to nieprzyjemne w dotyku. Zawsze coś jest jakieś, ale czasami jakoś przeszkadza w normalnym (jakimś) życiu. Jednak skąd we mnie ta refleksja? A no właśnie rano, kiedy z wielką niechęcią i skrzywieniem sięgałam po drinka z miodu na zdrowie i odporność i wieczne życie, zobaczyłam, że robię grymas, krzywię się jak tylko merdam łyżką w szklance – nie wspomnę już o tym, że piję to tak, jakby była to trucizna… Skąd we mnie ta niechęć do miodu, kiedy mam z nim tyle miłych wspomnień?

Kiedy myślę „miód” – nie widzę słoików z naklejkami producenta, z opisem z czegoż on został wytworzony, nie widzę też durnych terminów przydatności do spożycia. Co przykre, gdzieś pod koniec moich wizji widzę te pracowite pszczółki, którym zawdzięczamy to dobro. Jednak wracając do początku moich wizji: widzę siebie z siostrą, jako dzieci, pachnące łąki, koc rozścielony pod drzewem, całą rodzinę w białych ubraniach w kapeluszach z siatkami. Małą budkę, stojące ule, kwiaty i drzewa dookoła. Czuję zapach słońca i dymu. Zapach kredek leżących na kocu, zapach dobra i radości. Czuję zapach dobrego chleba, z zarumienioną i chrupiącą skórką, miseczkę lejącego się, słodkiego i zdrowego miodu. I teraz nie wiem, czy to naprawdę było takie dobre i wyjątkowe, czy może wspominam to tak, bo był to czas dzieciństwa – a po nim już wiem, że wszystko co będzie, będzie inne (może nie gorsze, ale nigdy już nie takie same).

Wczesne lato kojarzy mi się z tą naszą wspólną, rodzinną pracą przy miodzie. Dziadek miał ule – ile ich było nie pamiętam, dużo…  Dużo było miodu, który zajadaliśmy ledwie „ukręcony”. Zawsze ta okoliczność skutkowała obiadem „w terenie” – ognisko, grill, biesiada na całego. Zawsze wszyscy razem. Co prawda my z siostrą byłyśmy zbyt małe, żeby zająć się przyjaciółmi w paski, jednak też tam byłyśmy. Czasem szłyśmy na okoliczne pole, pod duże drzewo, czasem w okolice „stawu”, choć nigdy same tam nie wchodziłyśmy.

Zastanawiam się, jak to możliwe, że cała rodzina pracowała i miał jeszcze ktoś czas zajmować się nami?! Warte jest to uznania i szacunku, bowiem, dzisiaj istnieje potrzeba angażowania osiedla do opieki nad jednym dzieckiem.

A może ten miód smakował wyjątkowo, bo wyjątkowo dobry był chleb? A może chleb był wyjątkowo dobry, jak wyjątkowy był miód? A może wszystkie te smaki, którym towarzyszą chwile z dzieciństwa były i są wyjątkowe, bo był to czas dziecinny? A może wydaje się tak, jak wyjątkowe mogło być wówczas „nic” otoczone wielką historią wyimaginowanych wspomnień?

Zaraz, zaraz… nie myśl tak – dzieciństwo jest i było zawsze wyjątkowe, jak w krainie magii. Oby każde dziecko mogło tak wyjątkowo i dobrze wspominać nawet kromkę z miodem, dodając do tego „nigdy już takiej dobrej nie będzie”. Niestety wiele dzieci nie ma takiej możliwości, wiele dzieci żyją w kraju wojny, w kraju biedy, nierówności… Kiedy zastanawiam się co najbardziej jest warte wspomnień, to fakt, że miałam dzieciństwo, w którym byłam dzieckiem i miałam czas, żeby dorosnąć.

TLK – bardzo T, jak TANI

Ostatnio miałam tę wątpliwą przyjemność podróżować – rzecz jasna, jako standardowa Polka – służbowo, a nie rekreacyjnie. Wyjazdy służbowe są tą specyficzną dziedziną życia, których staram się omijać, rzecz jasna – nie mogę. W związku z czym, kiedy trzeba – wsiadam w optymalny pociąg i mknę te 560 kilometrów – nie zważając na przewoźnika, musi być PKP, oczywiście klasa druga. Raz trafi się Intercity, a raz TLK. Raz TLK drugiej klasy to wagony dawniej jeżdżące jako pierwsza – full wypas: gniazdko (do ewentualnego podładowania elektrosprzętu, z którymi tak ciężko w dzisiejszych czasach nam się rozstać), sześć osób w przedziale, działająca klimatyzacja, serce radujące się na widok zacnej do użycia toalety i wody w kranie, a mydło – szok po prostu i zachwyt nad zachwytami. Droga powrotna – cóż „nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy”, spotyka mnie smutek,  żal i rozgoryczenie – bilet co prawda w tej samej cenie, ale pociąg jedzie z Lublina – to już oznaka, że przecież żaden człowiek z PKP nie pomyśli o komforcie podróżujących na całej długości trasy (Lublin – Szczecin).  Wsiadam – w pociągu unosi się smród brudu i potu, co do tego drugiego czynnika jestem w stanie to zrozumieć, jest gorąco, jest dużo ludzi, OK. Zaś względem pierwszego – nie wiem co mogę powiedzieć. Czy będę oryginalna, kiedy wysnuję odważne sformułowanie, że toalety te pamiętają czasy głębokiej komuny? A może one nawet nie wiedzą, że ten ustrój już obalono? Siedzenia – tak jest nas osiem osób w pociągu, jadą też pasażerowie z Ukrainy – w walizkach wiozą połowę swojego życia, wiozą walizki wielkości trumien, które nie mieszczą się na tych fantastycznych „bagażnikach”, stoją więc na korytarzu.

Siedzimy, a na dworcu centralnym dosiadają kolejni pasażerowie, jest i pani ze stabilizatorem na kolanie – czuję, że ona ma przypisane miejsce do mojego przedziału – teraz to już w ogóle zdechniemy, posikamy się w gacie, no i ogólnie przeżyć 7 godzin plus planowe opóźnienie do godziny sobie liczę.

Nadszedł ten czas – kiedy przyszło zmierzyć mi się z torem przeszkód w postaci stóp innych pasażerów, nadszedł czas pokonać lęki – związane z obecnością w toalecie, o przepraszam „latrynie”, bez urazy dla latryny. Po biegu z przeszkodami dotarłam do celu – jest brudny, jak po tarzaniu w błocie prosię, śmierdzący dymem papierosowym, zasikanym i inne takie jeszcze gorsze. Wodę trzeba było sobie „upomopować” pedałem… koleżanka poszła po mnie – nie załapała się na ani kropelkę wody.

Pan Bóg o nas zapomniał. Tak, to prawda, zapomnieli wszyscy święci, matki rozwoju i myślenia, mędrcy świata do PKP nie przybyli. Nikt nie wpadł na ten rewelacyjny pomysł, żeby przypadkiem wziąć się w garść, może by tak ktoś na tych „długich” trasach o te toalety zadbał?!  Przecież to wylęgarnia bakterii, zarazków i chorób. Przecież nie każdy ma dupę i mózg z żelaza, może po prostu można się tego brzydzić, a może i też wstydzić – tylko dlaczego to mnie ma być wstyd, że tam panują takie warunki? Dlaczego to ja mam drżeć martwiąc się co za zaraza kryje się w drobnych elementach cudownego pociągu? Ktoś za to odpowiada… Ktoś mógłby uruchomić swoją wyobraźnię. Rodzina moja ma we krwi, można by rzec podróżowanie na „długich dystansach”, w niezbyt dobrych warunkach – wywózka w lutym 1940 roku na Sybir, a później w 1946 powrót do Polski, tak dziadek wspominał, że te pociągi były bardziej dostosowane do przewożenia zwierzyny, bo przecież w totalitaryzmie to tylko „szara masa”, nie ludzie. Nie mniej jednak, minęło już wiele lat, a my i tak podróżujemy dorobkiem komuny.

Pytanie jak długo? Dopóki tory wyremontowane ze środków unijnych nie rozwalą się przez wypaczone stare składy? Dopóki nie dojdzie do straszliwej tragedii? Ciągle spoglądam na progres wydawania środków – ich przeznaczenie, zatem pytam gdzie są te nowe składy?

Nieważne, przecież może być coś starego, ale o to zadbać, zadbać o komfort człowieka – chyba, że dla tych głów w PKP to my tylko „szara masa”, jak w dawnych czasach – bez prawa komfortu, swobody, chcesz to płać i płacz, jedź przez łąki i pola, gódź się z brudem, masakrą i powszechnym niezadowoleniem, a oni? Oni podwyższą cenę za bilet, obniżą komfort, ale w gratisie dostaniesz „planowe” opóźnienie. Nieważne skąd i dokąd pociąg jedzie – musi być spóźniony. Tak samo jak i pani zapowiadając pociąg majaczy coś pod nosem, a stojący na peronach nic nie słyszą, nikt nie pomyślał, żeby te komunikaty wyświetlać? Przecież po co coś modyfikować? Lepiej przyznać solidne nagrody dla zarządu… Lepiej się wzbogacić, a niżeli szanować tych, którzy  pozwalają na nasze bogactwo.

Brakuje logiki, brakuje wyobraźni, brakuje człowieka w człowieku.

Dokładnie rok temu, w godzinach wieczornych zaczęły rozgrywać się najgorsze chwile mojego dorosłego życia. Rok temu przyszedł ten czas, że kogoś życie naprawdę spoczywało w moich rękach. Rok temu po nocnym trwaniu godziłam się z nadchodzącym wyzwaniem. Mimo, iż wiedziałam, że doprawdy nic więcej zrobić nie mogę… A wszystko to we mnie żyje. Wszystko to, choć pamiętać nie chcę, nie pielęgnuje tych wspomnień- tkwią we mnie żywe. Jak żywa rana, która sączy się we mnie.

To okropne, jak bardzo pamięć i wspomnienia niszczą nas dzisiaj. Niszczą to, co jest tu i teraz. Niszczą, choć nie chcemy tego, to inaczej się nie da. Nie da się, nie można, może nie warto?

Po tym niefortunnym ułożeniu losu, po tym emocjonalnym wyzwaniu – muszę starać się być silniejsza… od roku… i jak mi z tym idzie? Syzyf miał lżej.

A czym tu być zmęczonym?

Częstokroć myślę o tej męskiej odwadze, pomijając już zapasy dumy do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej, to kwestia odwagi jest dziś na „tapecie”.

Pewnie nie jedna z nas (kobiet, partnerek, żon) miała taką sytuację, kiedy pan serca i władca (mąż, chłopak, partner, konkubent) zadał jedno, na pozór błahe, na pozór przyjemne pytanie: A czym ty jesteś zmęczona? No tak, czym? Pracą zawodową – przecież masz pracę „biurową-siedzącą”? Praniem – przecież pralka sama pierze. Gotowaniem – co to za sztuka zrobić obiad? Sprzątaniem – co to jest te 37 metrów kwadratowych? Skoro masz czas żeby pójść do kosmetyczki na paznokcie, do fryzjera, a dodatkowo na wpół zamkniętych oczach zająć się swoim hobby – to tylko zwyczajnie w życiu ściemniasz.

Z drżeniem przyglądałam się jak P. sprząta. Często proponuje wspólne ogarnięcie – inaczej tego nazwać nie można. Punktem kulminacyjnym „ogarniania” było męskie mycie podłogi  – pomysłowy Pan P. do butelki po płynie do mycia szyb – rozrobił płyn do mycia podłóg, w proporcji chyba 1 do 100, wziął suchego mopa i spryskiwał podłogę zacierając jedynie ten kurz, osad i bród. Stanęłam na wysokości zadania, w głowie kłębiły się setki myśli – powiedzieć, czy nie? Zwrócić uwagę – tylko jak? Jeśli zrobię to zbyt stanowczo – już nigdy nie weźmie się za tę robotę. Ryzyko jest olbrzymie – jeśli wjadę na jego męską dumę, ambicję i wyobrażenie o własnej zajebistości – skończy się to tragicznie, a skutki będę odczuwała do końca naszych wspólnych dni – czy to będzie bliżej, czy dalej na osi czasu. No po prostu strach. Wzięłam się na sposób – zamknij oczy, mordkę, nie myśl, nie nakręcaj się – po prostu przetrwaj! Przetrwałam, w cichej nadziei, że zaraz pójdzie z domu na miasto, a ja poprawię całą tę robotę raz jeszcze. Tak też zrobiłam.

W akademiku inny pan P. – sąsiad, miłośnik melanżu wszelkiego i piwa każdego, zwłaszcza niepasteryzowanego – z racji częstych imprez, nie miał czasu na zmywanie naczyń, mając na uwadze fakt, iż w akademikach naczyń jak na lekarstwo, kiedy uzbierała się „kupka” trzeba było to ogarnąć (jakoś). Tak czy owak, akademicki P. skonstruował ręczną zmywarkę – miska wypełniona wodą i płynem do mycia naczyń, które moczyły się tam przez dzień lub dwa, czasem nawet trzy. Po obszernym namoczeniu, podkiśnięciu wody – naczynia wyjmował, opłukiwał pod bieżącą wodą i były gotowe do ponownego użycia. Jego żona też nie powiedziała mu, że to trochę „nie-teges” – z drugiej strony nie brzydziła się tych garów, więc może i były czyste (podejrzewam, że równie czyste jak moja zatarta podłoga).

Wracając do zmęczenia – dla mężczyzn to, co my, kobiety robimy to jest błaha sprawa – przecież oni na wszystko mają uproszczony system realizacji. Nie tak, jak my – pierdzielimy się z tym, zarywamy noce, łamiemy paznokcie i gimnastykujemy się z tym do tego stopnia, żeby przez dni kilka czuć bolesne lędźwie, bolesne łydki – a przecież wszystko to można zrobić mniejszym sumptem, żeby mieć czas na siebie, na relaks, na drapanie się po głowie. To tylko nasza głupia nadgorliwość, jednak ktoś musi w tym życiu cierpieć […]